Wyglądał, jakby zabił go potworny szok

Książka o podróżach po Rosji

Daniel Kalder, Dziwne teleskopy.

Obok schodów prowadzących do drzwi leżała dziwna czarna czapa. Kiedy podszedłem bliżej, zacząłem rozróżniać detale. Wyglądała jak worek wielkości mniej więcej psa. Co to mogło być? Dziwaczna wycieraczka? Futro porzucone przez jednego z mnichów?

Nie, to był martwy lis! Zachwycające. Lubię martwe zwierzęta i mam całą kolekcję zdjęć ptaków, kotów, szczurów, świń, psów itd. Ten lis padł niedawno, zwłoki miały dzień lub dwa. Futro straciło już połysk, lis miał szeroko otwarte oczy i pysk. Wyglądał, jakby zabił go potworny szok. I tu zagadka – co go zabiło? Jak wyglądały jego ostatnie chwile? I co ważniejsze, kim lub czym będzie w następnym wcieleniu? Na ciele nie było ran. Może lis obchodził światynię w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara i rozzłoszczony Budda postanowił go wykończyć? Gdzieś słyszałem, że to grzech.

Daniel Kalder, Dziwne teleskopy. Wydawnictwo Czarne 2010, str. 135

Nas, ludzi, nie powinno tu być

Okładka książki Bartka Sabeli o Morzu Aralskim

Bartek Sabela, Może (morze) wróci

Morze. Jest coś dziwnego w tym spotkaniu. Jakbym widział przed sobą ogromne, piękne, konające zwierzę, wieloryba lub słonia. Już nic nie można zrobić, można tylko spojrzeć mu w oczy.

Coś chrupnęło mi pod nogami – to muszelki. Takie niewielkie, wszystkie takie same, białe, dość zwykłe. Ale za to jaka ilość. Tony. Leżą wszędzie dookoła na pomarańczowym piasku. Gdzieniegdzie między nimi szczątki innych żyjątek. Przez kilka metrów idę po samych muszlach. Potem ciemnopomarańczowy kolor przechodzi w biały. Sól. Sama sól. Gruba pokrywa twardej soli. Gdy zbliżam się do wody, sól robi się coraz bardziej miękka, by w końcu przerodzić się w błotne grzęzawisko. Nie da się iść. Ciekawe, ze zawsze, kiedy się jest nad morzem czy jeziorem, ma się ochotę dotknąć wody, choćby zanurzyć w niej rękę czy stopę. Zdejmuję buty, ściągam koszulkę. Patrzę na leżące na solnej skorupie ubrania, rzuca mi się w oczy metka z durnym w tych okolicznościach napisem „100 % bawełny”. Tak, faktycznie… 100 %.

Chcę popływać w morzu. Aral jest spokojny, cichy. Każdy kolejny krok jest trudniejszy niż poprzedni, nogi zapadają się po kostki, po łydki. Lekkie fale bija na brzegu solna pianę. Woda jest zimna, powietrze także. Wieje coraz silniejszy wiatr, a znad Ustiurtu ciągnie w naszą stronę ciemna, bardzo ciemna chmura.

Wody jest tu po kolana, a ja stoję już z 15 m od brzegu. Żeby popływać musiałbym przejść jeszcze z 50. Dno jest bardzo grząskie, stojąc dłużej w jednym miejscu, czuję, ze się zapadam. Coś jest nie tak, coś dziwnego unosi się w powietrzu. To ten zapach. Morze Aralskie… śmierdzi. Stężenie soli w samej wodzie, powietrzu i błocie jest tak ogromne, ze czuć je w nozdrzach. Dziwna niepokojąca, martwa, trupia wręcz woń. Patrzę na ogromne cielsko umierającego organizmu przede mną. Chyba nigdy w życiu nie widziałem niczego bardziej martwego i pozbawionego nadziei. To przerażające. Stoje po kolana w wodzie i jest mi głupio. Nas, ludzi, nie powinno tu być.

Bartek Sabela, Może (morze) wróci. Wydawnictwo Bezdroża, 2013 r., strona 195.

Polecamy >> Morze już nie wróci – recenzja książki Bartka Sabeli

Nie zatrzymuj się w tym mieście

Książka Ryszarda Kapuścińskiego

Ryszard Kapuściński, Jeszcze dzień życia

Zniszczony napis przy wjeździe do miasteczka zachęca do spoczynku i przetarcia zmęczonych oczu: W Pereira de Eca (proponuje tablica przy drodze) zatrzymaj się w Gospodzie pod Czarnym Łabędziem. Klimatyzacja – Obfita kuchnia – Ogród – Bar – Atrakcyjne ceny. I nieznany rysunek ptaka płynącego jeziorem, który na tej wysokości geograficznej może pojawić się tylko we śnie.

Wszystko to zachęta dla tych, którzy przemierzają świat, poznają odległe kontynenty i nieznane krainy. Znajdą tu wygodny odpoczynek podróżując jałową i monotonną trasą Windhoek – Luanda, 2230 km. Czy mogę dorzucić zmęczonemu wędrowcy swoją radę? Nie zatrzymuj się w tym miasteczku teraz, dzisiaj. Tej nocy. Czasy zmieniły się i nie znajdziesz obiecywanych wygód. Co prawda jest woda, jednakże nie ma światła. Panują ciemności. Nie pokazał się księżyc. Są tylko gwiazdy, ale dalekie jakieś, osłabione, mało pomocne. Źle ze spaniem, bo domy rozbite i zrabowane. Z kuchnią też źle. Na betonowej podłodze gospody, leży zarżnięta i cuchnąca już koza. Kto głodny, wycina bagnetem kawałek mięsa i podpieka go w ognisku. Jak ci ludzie żyją, dlaczego nie umierają zatruci padlinnym jadem? Nie można także liczyć na zapowiadaną klimatyzację. Jest gorąco i mimo nocy upał nie podniósł się z ziemi, ociężały i lepki przygniata nieruchome, spłaszczone miasteczko.

Ryszard Kapuściński, Jeszcze dzień życia. Czytelnik 2001, str. 67

Niech Allah pobłogosławi mgłę

Okładka książki Pawła Smoleńskiego o Iraku

Paweł Smoleński, Irak. Piekło w raju

Po mongolskich najazdach Bagdad nigdy nie wrócił do dawnej świetności, choć nadal należał do najważniejszych miast świata arabskiego. Bagdad po Saddamie to nędza i bród, stosy śmieci, smród spalin i fetor gnijących odpadków, spalone domy, zatruty Tygrys, hańba i upokorzenie. Jordański Amman, który przez lata uchodził za prowincję, to dziś w porównaniu z Bagdadem, dumna, jasna, światowa metropolia.

Bagdad to koszmar i betonowa upiorność. W dzień jazgot klaksonów i huk generatorów, bieda i żebracy. Nocą – łoskot transporterów wojskowych, strach, sfory bezpańskich, zdziczałych psów, ukrytych w gęstej mgle.

Niech Allah pobłogosławi mgłę. Pomaga to wszystko wytrzymać.

Paweł Smoleński, Irak. Piekło w raju. Wydawnictwo Czarne 2012, str. 12

Love hotels

Tiziano Terzani, W Azji

Tiziano Terzani, W Azji

Ich sylwetki dominują nad pejzażem, ich kuszące neony rozjaśniają noce. Love hotels, czyli „hotele miłości”, są częścią Japonii jak przepełnione metro, surowa ryba i zdyscyplinowanie ludności. Love hotels jak nocne kluby, bary, sopu-rando i sale do gry w pachinko to miejsca ucieczki, należą do świata marzeń, w którym przeciętny Japończyk chroni się, aby uciec od anonimowości, dławiącej codziennej rutyny.

Aby znaleźć love hotels, nie trzeba daleko szukać. Są wszędzie. Setki w miastach, co kilka kilometrów na wsi, jeden obok drugiego przy wjeździe na autostradę. Kto przylatuje do Tokio samolotem, widzi około dwudziestu po drodze z lotniska Narita na lotniczy dworzec miejski.

Idea love hotels powstała zaraz po wojnie, kiedy Japończycy cierpieli wielką biedę, ich domy były w dużej części zniszczone, a ludzie nie mieli nawet kącika, aby się odizolować. Teraz Japończycy są bogaci, ale nadal brakuje im przestrzeni, a intymność wciąż stanowi luksus, na jaki mogą sobie pozwolić nieliczni. Z tego powodu love hotels stały się bardzo modne. Odwiedzają je narzeczeni, kochankowie, osoby w stałych związkach, a także zamężne pary. Love hotel gwarantuje czystość i dyskrecję. Kto przyjeżdża samochodem, wie, że tablice rejestracyjne zostaną natychmiast zasłonięte.

Tiziano Terzani, W Azji. Wydawnictwo W.A.B., 2009 r., s. 281

Podróż może stać się nałogiem

Kazimierz Mrówka, Książeczka o podróżowaniu

Podróżny może zachorować na podróżomanię – chorobę przypominającą gorączkę złota lub tulipomanię, a wtedy nic nie powstrzyma go przed wyruszeniem w drogę. Dopada go szaleństwo, obezwładnia, nakazuje pakować rzeczy i wyjechać, nawet jeśli niedawno wrócił z podróży. Po powrocie do domu, wyczekiwanym powrocie, czuje się nieswojo. Jest u siebie, a jednak nie może znaleźć sobie miejsca, chodzi z kąta w kąt, wszystko go drażni, po czułym powitaniu z bliskimi, szybko staje się dla nich opryskliwy.

Podróż może stać się nałogiem i przemierzanie drogi narkotykiem; nałogiem wolności. To, co wyzwala, samo staje się zniewoleniem. Podobnie jak alkoholik nie może obyć się bez alkoholu, tak podróżoholik nie może obyć się przez podróżowania; staje się nomadą.

W miarę pogłębiania nałogu następuje intensyfikacja podróżowania, nie tylko ilościowa, lecz również jakościowa: coraz więcej, coraz dalej, w coraz bardziej dzikie strony, na coraz to wyższe szczyty gór. Ale czy zniewolenie wolnością jest jeszcze wolnością?

Podróżowanie jest często wyczynem. Samo w sobie jest już przekraczaniem granic, ale jego intensyfikacja jakościowa i ilościowa czyni z podróżnika herosa, nadczłowieka, którego inni podziwiają i nagradzają, na przykład Kolosami.

Kazimierz Mrówka, Książeczka o podróżowaniu. Wydawnictwo Gondwana 2012 r., str. 63

Noże, granaty i kałasznikowy

Reportaże z Turcji Witolda Szabłowskiego

Witold Szabłowski, Zabójca z miasta moreli

- Wszyscy nas nienawidzą. – Mustafa moczy wąs w piwie Efez i włóczy wzrokiem po otaczających nas twarzach. Złapał doła, chyba nie powinien był zaczynać trzeciego kufla. Tak to niestety bywa, jak Turek chce oszukać Allacha i wypić za jego plecami trochę alkoholu. Kiwam więc ze zrozumieniem głową i razem z nim rozglądam się po sali.

W kącie bawi się grupka Belgów. Właśnie wrócili z wyprawy na Ararat. Zajęło im to prawie cztery dni, teraz więc robią sobie pożegnalne zdjęcia, dokazują, a twarze mają opalone jak indiańscy zwiadowcy.

W drugim kącie, pod mapą okolicy, pięciu poszarzałych mężczyzn w szarawarach z krokiem w kolanach rozpija butelkę anyżkowej raki. Jeden ma na głowie uroczą czapeczkę z pomponikiem.

- Kurdowie – szepcze Mustafa, choć to najbardziej oczywista rzecz na świecie. Jesteśmy w regionie gdzie to oni, dwudziestopięciomilionowy naród bez własnego państwa, są większością. – Oni nas nienawidzą najbardziej. Zobacz, co tu nawieszali.

Za barem wisi, jak w całej Turcji, portret Atatürka. I to jest w porządku. Ale na ścianach kłuje w oczy flaga kurdyjskiej partyzantki PKK. Obok portret jej lidera Abdullaha Öcalana, który od dobrych kilku lat siedzi w tureckim więzieniu.

- Tak nie może być! Rozpieprzę im ten bar! – zapala się Mustafa. Trochę zbyt głośno. Kurdowie spod mapy podnoszą głowy i wyczekująco nas obserwują. Mustafa jest tu jedynym Turkiem. A panowie w szarawarach wyglądają, jakby w kieszeniach mieli noże, granaty i kałasznikowy. Jeśli mój przyjaciel z bardzo się nakręci oberwiemy obaj. W najlepszym wypadku skończy się na pokancerowanych gębach. W najgorszym – wyjedziemy stąd w plastikowych workach. Były już takie przypadki.

Witold Szabłowski, Zabójca z miasta moreli. Reportaże z Turcji. Wydawnictwo Czarne 2010, str. 65